Dama czy łasiczka? Spóźnione rozważania prawie analogowej feministki na temat selfi-feminizmu

Bardzo się cieszę, że na łamach magazynów o sztuce przetoczyła się jakiś czas temu rozmowa na temat selfi-feminizmu, do którego, jako osoba samo-wykluczona z Insta, i dość ascetyczna internetowo,  w inny sposób niemiałabym dostępu.

W ogólnym planie dyskusja spowodowana była różnicą zdań wobec selfi-feminizmu, w szczególe – zróżnicowanym stosunkiem do internetowej działalności Zofii Krawiec, czy też oceną spotu poznańskiej Manify (2018). Ta internetowa rozmowa o feminizmie wokół majtek z kotkiem, toczyła się także w realu np. w moim życiu towarzyskim. Postanowiłam napisać ten spóźniony – żeby nie powiedzieć historyzujący – tekst nie po to, alby nadać jej „szerszy kontekst,” ale po to, żeby zrekonstruować swoje własne rozdwojenie  i odnaleźć się na końcu w jakiejś konkluzji. Czy okaże się, że zinternalizowałam spojrzenie dyscyplinującej feministki –moralistki, czy też podążam za syrenim głosem dziewczyńskiej zabawy – jeszcze nie powiem. Na razie potwierdzić mogę jedynie, że nigdy nie chciałam być „dziewczynką”– nie pasowała mi. „Kobieta” okazała się dużo bardziej pojemna i bycie nią sprawia mi już od wielu lat wielką przyjemność. W dzieciństwie, gdy „kobieta” była jeszcze za daleko, „dziewczynka” nie stanowiła dla mnie obiektu identyfikacji. W mojej ulubionej książce o filozofii, nie było żadnej filozofki. Wszystkie dziewczynki w szkole były mile – a ja byłam zła. I to zapewne warunkuje moje spojrzenie na obrazy selfi-feminityczne i dziewczyńskość w ogóle.

Przyznaje, że na co dzień przemawiają do mnie bardziej trzeźwe argumenty Agaty Pyzik, (https://magazynszum.pl/sprzecznosci-peryferyjnego-feminizmu-albo-ewangelistki-selfie/), zdiagnozowane co prawda przez Ewę Majewską jako klasowe (https://magazynszum.pl/prekarne-figury-solidarnosci-estetyka-selfie-slaby-opor-i-krytyka/). Poza tym – podobno – brakuje im tu i ówdzie ugruntowania we współczesnym dyskursie feministycznym – jakby Pyzik zapominała, że jesteśmy już w innej fazie i zanim zacznie pisać, powinna poczytać to, co Ewa  Majewska już zna. Generalnie, upraszczając, chodzi jej jednak o postawę: róbmy feminizm porządnie, kolektywnie, i czujnie. Tekst Pyzik nie jest tylko litanią anty-narcystycznych postulatów i konstatacją, że nie jesteśmy w stanie rozbroić patriarchatu pojedynczo. Jest to przede wszystkim zdroworozsądkowe ostrzeżenie: bądźmy bardzo czujne na zawałszczeniowe możliwości rynku, oraz na własne, peryferyjne usytuowanie.

Ja też jestem taką poprawną, czujną feministką, której chodzi o lepszą dystrybucję, upodmiotowienie kobiet i –  lokalizując – przede wszystkim, o to, aby polskie kobiety zaczęły działać i identyfikować się ze sferą publiczną. Żeby wzięły parasolki we własne ręce – z pomalowanymi albo rozdwojonymi paznokciami.

Wyobrażam sobie też taką sytuację: moja córka wchodzi do pokoju, a ja wypinam się do telefonu – Ona: „co robisz?” Ja: „kochanie, uprawiam feminizm.” Z drugiej strony ona już wie, że może jak chce wyrażać siebie poprzez wygląd (w jej wieku chodzi raczej o „róż, albo nie róż”) i wszyscy powinni traktować ją tak samo serio, bez względu na to, czy jest fanką halo kiti czy hip hopu. Wszystkie opcje są równie dobre, a feminizm oznacza szacunek dla koleżanki w opasce księżniczki, ale i kolegi z plastikowym karabinem, oraz dzieci ubranych w ręcznie robione brązowe swetry, bawiące się drewnianymi klockami i zagryzające marchewki. Nie należy nikogo dyskryminować, dopóki nie otworzy ust – no właśnie.

Co autorka chciała powiedzieć swoim kotkiem na majtkach?

Ja też widzę tutaj przede wszystkim afirmację, narcyzm no i jakąś formę komentarza do współczesnej kultury, poprzez przyłączenie się do trendu. Poprzez „grę kontekstów” ma to być działanie krytyczne, bo „krytyczka” pokazuje się jako „seksowne ciało”,  a przyzwyczajeni jesteśmy przecież do innej wersji ciała i jego funkcji u krytyczki. Normatywna krytyczka nosi coś czarnego i nie siedzi od rana na instagramie. Ale jest to raczej wpisanie się w internetową modę, odegranie napisanej już przez zachodnie rebeliantki – roli. Tego typu ambiwalentna, bo sprawiająca frajdę i przynosząca korzyści w postaci zainteresowania transgresja, nie jest według mnie skuteczna. Bo nie da się uniknąć zawłaszczenia i przepisania tych obrazów. Dzisiejsze walczące telefonicznym czy fotograficznym aparatusem feministki odnoszą się – jak słusznie zauwaza Amelia Jones – do innego pola dystrybucji, niż wcześniejsze feministyczne artystki, które seksualizowały swój wizerunek w polu sztuki. Co oznaczają te obrazy poza kontekstem, tzn. światem sztuki w Polsce, w bezkresnych Internetach? Czym różnią się od miliardów innych pięknych pań z Internetu? Wszystkim im przecież o coś chodzi.

Wygląda wiec na to, że nie można bawić się dobrze uprawiając feminizm. Zatem, na co dzień, usytuowana jako matka córki, pozostaje sceptyczna w stosunku do emancypacyjnego potencjału pokazywania majtek na ładnej pupie. Feminizm traktuje poważnie. Poza tym, jak wcześniej wspomniałam,  nigdy nie chciałam być „dziewczyńska”. Zawsze wiedziałam, że np. jędrny biust to broń obosieczna. Przez okres, kiedy byłam prawdziwą sex bombą, to znaczy od 11 do 15 roku życia, moje dojrzale ciało prowadziło niezależne ode mnie życie wizualne niezawinionej Lolity. Żeby siebie jakoś odzyskać, wykorzystywałam strategie cross-dresingu (fig. 1). Przebierałam się za chłopaka  – za luja, przystankowca prawdziwego.

xx

Ale, kiedy słyszę swoje własne argumenty w ustach innych kobiet, zaczynam zapalczywie bronić prawa do odgrywania roli internetowej łasiczki. Traktuje to rozdwojenie, jako pytanie rzucone nam wszystkim – nie tyko o granice hipokryzji i czy oldschoolowej pruderii,  ale także o zinternalizowanie mizogini.

Czy ta pani chce być traktowana poważnie? To proszę się poważnie zachowywać!

Zastanawiam się wówczas (czasami bardzo głośno) jak to jest, że w liberalnym i otwartym gronie moich znajomych nagle tyle osób krytykuje wizerunkowe eksperymenty apetycznej krytyczki. W rozmowach z innymi dziewczynami, powtarza się taki argument: czy „o to walczyłyśmy”? żeby teraz instrumentalnie wykorzystywać swoje ciała, promować profesjonalne działania, czy swoją osobę – w taki sposób? Ale przecież nadal walczymy, nawet same ze sobą, o to, żeby się nie deprecjonować.

Ponawiam, zatem pytanie o emancypacyjny potencjał tych obrazów. Czy są one po prostu ilustracją historii i teorii przeczytanej w książce, podążaniem za internetowym pożądaniem? Czy coś do niej dodają, oprócz znaczeń, które wnosi lokalny polski kontekst? Czy to jest tak, że sfrustrowane żony kupują dzisiaj Greya, a kobiety niekonwencjonalnie sfrustrowane I Love Dick’a?  Czy narcyzm może nas wyzwolić, nakarmić i ogrzać?

Kaja Silverman twierdzi  np. że tak. W swojej pozytywnej re-kapitulacji spojrzenia, odnajduje w narscystycznej konstelacji lacanowskiego „gaze” utopijny element miłości.  Autorka pisze o utopi pozytywnej identyfikacji podmiotu:

We all want to be seen. What we want is the look that allows us to shine.

W jakimś sensie selfi-femiznm pozwala zabłysnąć, ale nie pozwala oświecać.

Ale gdy moja córka popatrzy na zdjęcie wyginającej się Zofii Krawiec i zapyta się kto to jest, to ja jej odpowiem: ta pani jest krytyczką sztuki, zrobiła także wystawę o miłości i pisze ciekawe teksty, oraz zajmuje się swoim wizerunkiem.

Art- Frau

Właściwie mamy dzisiaj takie możliwości – popełniać indywidualnie feminizm w internetach, jako selfi-feminizm, lub pełnić feministyczną wartę kolektywnie, na ulicach, w lasach, rzekach oraz zakładach pracy.  Dla wszystkich tych form, forma nadrzędną jest oczywiście siostrzeństwo. Ja jednak lubię siostrzeństwo bez infantylnej dziewczyńskości.

Jeżeli – „art grils just wanna have fun” to jako Art Frau chce mieć także możliwość oddziaływania na rzeczywistość i przede wszystkim, narzędzia do umiejętnej jej analizy. Czy dystrybucja narcystycznych obrazów jest najbardziej efektowaną strategią feministyczną? Czym jest „feminizm” w selfi-feminizmie? Może chodzi tylko o „selfi”? Czy ten „fame seeking narcyzm” nie jest po prostu politycznie konserwatywny i banalny? Z drugiej strony, może to po prostu pokoleniowa zmiana warty.

Może jednak nieposłuszne córki?

Dynamikę miedzy-pokoleniową, można zrozumieć jedynie lokalizując problem. Stawiam zatem pytanie w następujący sposób: selfi-feminizm a sprawa polska. Rosi Braidotti pisała o złotych dla siebie latach 80tych:

„The generation of feminist situated between 1980 and 1995 was the first to enjoy the institutional presence of supportive and talented women teachers and supervisors, many of whom were feminist themselves. (…) But much as we enjoyed thinking back through our mothers, we were far from being dutiful daughters.” ( Rosi Braidott, ‚It will have been the best of times: thinking back to the 1980s”, w: The Long 80s, 16-28, str. 21)

W kontekście polskim, selfi-feministki to pierwsze pokolenia akademicko-wyedukowanych feministek. Ich bunt przeciwko porządnemu feminizmowi, może być zatem rozumiany jako pierwsza fala zbuntowanych feministycznych córek.

Żeby być skuteczny, feminizm musi opuszczać swoje własne tory, wykolejać się, po to, aby stać się prawdziwie post-dyscyplinarnym narzędziem. Musi zatem zaskakiwać z każdej strony.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s